Już jest! Nareszcie! Przyjechała!
Babcia nazywa się Wanda (potocznie zwana babcia Wandzia), a imię nie jest przypadkowe (ale o tym później).
Chciałabym napisać dlaczego ten post jest dla mnie wyjątkowy. Między tekst wplatać będę zdjęcia.
Moja babcia była bardzo wyjątkowa. Energiczna pomimo wieku, zawsze wesoła, z piosenką na ustach przez cały dzień. Ona nie potrafiła chodzić, Ona zawsze biegła, "prędziutko" - tak mówiła. Aktywna, należała do Klubu Seniora, śpiewała w chórze klubowym i kościelnym. Uwielbiały Ją wszystkie wnuki, a miała ich chyba z dziesięcioro (już sama nie mogę doliczyć). Na mnie mówiła "córunia lub córuchna lub też kochasiu".
Wszystkie wigilie spędzaliśmy u Niej. Była cudowną, ciepłą, śmiejącą się babcią. Robiła pyszne zacierki na mleku i racuszki. Nie umiała siedzieć bezczynnie. Jak przyjeżdżała do nas to albo prasowała (dopóki miała siłę), albo cerowała moje rajstopki (jak byłam mała) i taty skarpetki :-) Całe życie była oszczędna, "po co wyrzucać, jak jeszcze dobre?"
(Tę prześliczną, babciną chustę zrobiła dla nas
Jagna, jak zwykle...)
Moja babcia kochała ludzi, a ludzie Ją kochali. Uwielbiała jeść, jadła wolno delektując się każdym kęsem. Buzia Jej się nie zamykała, albo mówiła, albo śpiewała, albo jadła :-) Wychowała 4 córki i syna. Całe życie ciężko pracowała. We wszystkim potrafiła znaleźć radość i jakieś pozytywne strony. Za wszystko okazywała wdzięczność. Kiedyś pojechałyśmy razem we dwie do rodziny na drugi koniec Polski. Tam miałyśmy okazje spać w jednym łóżku. Opowiadała mi o Swoim życiu, o Swoich córkach, w tym o mojej mamie. Chichrałyśmy się do 3 rano. Myślałam, że ciocia przyjdzie i nas "prześwięci" (jak mówiła babcia), że nie dajemy jej spać, a ona musiała rano iść do pracy :-)

Moja babcia zginęła w tragiczny sposób 2 listopada 2009 roku. Nie chcę nawet opisywać jak bo trudno w to uwierzyć... Razem z Nią zginęła jedna z Jej córek (a moja chrzestna) i Jej wnuk, a syn mojej chrzestnej (15 lat). To była ogromna tragedia dla naszej całej rodziny, dla miasteczka i dla całej Polski. Myślę, że babcia znalazła się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Ale gdzie miała być wtedy jak nie w swoim domu? Jednak to było to ZŁE miejsce...Człowiek, który odpowiada za tą tragedię został właśnie niedawno skazany.
Kilka godzin przed tym, jak się dowiedziałam o tragedii opublikowałam posta z czerwonym wózkiem. Wróciłam do szycia za jakieś dwa tygodnie. Szyłam wtedy bardzo dużo, szycie było moją odskocznią. Chciałam jak najwięcej projektować, układać w głowie, żeby tylko nie myśleć. Wtedy też powstała Weronika. (Wygląda więc na to, że 28 listopada ma urodziny, czyli jutro :-), zaraz potem powstał Błażej i cała ta historia... Może dlatego, że gdzieś w podświadomości chciałam mieć taki idealny świat, gdzie "takie" tragedie się nie zdarzają? Gdzie jest miłość, radość i szczęście. Może to była taka terapia? Sama nie wiem...

Wracając do babci. Chciałabym wyjaśnić dlaczego babcia nie ma na imię Wacława, tak jak moja babcia, tylko Wanda. Otóż niedługo po tym, jak "na świat przyszła" Weronika i Błażej na moim blogu pojawiła się w komentarzach i w mailach Wanda. Jak się okazało jest to kobieta, która ma aktualnie 85 lat. Ona od początku towarzyszyła mojej historii. Ja nie widziałam Jej nigdy na żywo, zobaczyłam Ją pierwszy raz na JEJ PROFILU na FACEBOOKU! Wanda jest bardzo techniczna, świetnie obeznana na KOMPIE. No i ma świetne poczucie humoru, jeśli zainteresowała się moją historią i wciąż ją śledzi :-) Podziwiam Ją za to. Dlatego chciałam, żeby babcia Weroniki miała na imię właśnie tak, jak Ona. Imię mojej babci uczciłam już w realnym życiu.
To tyle o moim prawdziwym życiu, czas wrócić do pięknego świata moich bohaterów.
...............................................................................................................................................
Weronika mówi do babci, kiedy pomagała jej pakować się przed przeprowadzką:
-Babciu, nie musisz brać pościeli, mamy dla ciebie piękną, nową pościel.
-Dziecko, po co mi nowa, tą wezmę, jest jeszcze dobra.
-Babciu, ona chyba dwie wojny przeżyła :-)
-Ależ skąd! Dostaliśmy ją z dziadkiem na którąś rocznicę ślubu.
-Ach tak :-) Czy ona nie powinna iść już na emeryturę?
-Nieeee, jest jeszcze całkiem dobra.
-Babciu, mole w niej dziury wygryzły, a może nie mole tylko czas, wszystko jedno, damy ci nową.
-A po co mi nowa, nowa niech dla was będzie, ja tą załatałam i zobacz, jest całkiem dobra jeszcze...
-Dobrze babciu, weź tę pościel...
Weronika uśmiechnęła się z czułością...
Tak wygląda poszewka na poduszkę babci.
A tak wygląda fragment poszewki, jaką dostałam po mojej babci, na pamiątkę...
I to byłoby na tyle. Dziś ten post jest taki trochę wesoły, a trochę smutny ale generalnie historia Weroniki i Błażeja, choć zrodziła się w ciężkim momencie, jest ciepła i wesoła. Czasem ze złych doświadczeń można wynieść coś dobrego. Mam chyba coś po mojej babci. Zawsze znajdę jakieś pozytywne strony :-)
Pozdrawiam
koronka